Pierwszy raz zagranicę! -czyli nasza niesamowita węgierska przygoda z GPS w tle
Dziś opowiem o tym jak jechałam pierwszy raz w życiu zagranicę dalej niż do tych przygranicznych sklepów po stronie słowackiej wspomnianych w pierwszym tekście :D
Cała historia była niesamowita i jest to jedna z tych które może dobijają w trakcie ale które wspomina się najlepiej. Ja będę tę przygodę wspominać do końca życia i cieszę się że przy okazji przejechaliśmy przez stolicę Węgier. Plus będę mieć nauczkę by uważać z nawigacją. Słyszałam wcześniej historie że GPS kogoś poprowadził do lasu na przykład, ale przeżyć na własnej skórze- to co innego!
Lipiec 2013. Dołączam do cioci i wujka którzy jadą wraz z wnuczką nad Balaton, jak co roku.
Koszty wyjazdu nieduże bo dokładam się do benzyny, do wynajmu apartamentu i sama w zasadzie opłacam sobie tylko jedzenie. Pobyt sześciodniowy.
Niedzielny poranek, piękna pogoda! Punktualnie o 7.00 wujek z ciocią podjeżdżają po mnie, a potem jedziemy do kuzyna odebrać jego córkę (a ich wnuczkę). Zarówno wujek, jak jego syn byli zawodowo kierowcami- kuzyn pracował wówczas jako dostawca towarów i jeździł po Europie. Tamtego poranka był akurat w domu. Nie wybierał się z nami na Węgry, ale wbił za to wujkowi w aucie w GPSa cel podróży -"Balaton". Pożegnaliśmy się w końcu i wyjechaliśmy. Jako że z południa Polski gdzie mieszkamy jest nad Balaton bliżej niż np. do Gdańska, planowaliśmy być na miejscu gdzieś około 13.00.
Jedziemy, jedziemy. Podziwiamy widoki. Słowacja- przekrój krajobrazów, coś przepięknego! Zatrzymujemy się, jemy, oddychamy świeżym powietrzem, rozprostowujemy nogi- i jedziemy dalej. Już przez Węgry.
Jakoś w okolicach południa ciocia zaczyna się głośno zastanawiać "Hmm, czemu ci ludzie mają taką ciemną cerę i włosy? Wydaje mi się że rok temu tylu takich ludzi tutaj nie było". Jedziemy dalej.
Po chwili ciocia mówi "Nie pamiętam takich ulic jak żeśmy jeździli. Czy my na pewno dobrze jedziemy?"
Gdy według GPS-a zostało 10 kilometrów do celu, ciocia powiedziała że rok temu już było widać jezioro z takiej odległości. Zaraz potem nawigacja głosem Krzysztofa Hołowczyca poprowadziła nas pod górę. Wtedy już na sto procent wszyscy wiedzieliśmy że coś jest nie tak. Aż w końcu zajechaliśmy między domy jakiejś wioski położonej dość wysoko w górze i usłyszeliśmy "Jesteś na miejscu. Prowadził Krzysztof Hołowczyc".
Zjechaliśmy kawałek i wstąpiliśmy do sklepu by zapytać ludzi gdzie jesteśmy. Jeden Węgier powiedział że jesteśmy ho-ho od celu i rozpisał na kartce SIEDEM autostrad na które po kolei musimy wjechać żeby dotrzeć na miejsce. Odpoczęliśmy więc chwilę wiedząc że z planów wczesnego dotarcia na miejsce i szukania noclegu na miejscu będą nici. Zjedliśmy i pojechaliśmy dalej. Dzięki tej pomyłce jednak zwiedziliśmy przejazdem Budapeszt i resztę kraju. Nad Balatonem zjawiliśmy się przed 20.00. Ponieważ wkrótce miało się ściemnić, wzięliśmy bez wybrzydzania apartamenty w miejscowości Balatonfured które były dostępne.
Jak do tego doszło? Jak się później okazało, kuzyn owszem wpisał "Balaton" ale bez sprecyzowania. I system poprowadził nas do istniejącej wprawdzie ale położonej niedaleko Egeru małej miejscowości Balaton. Zupełnie niezwiązanej z jeziorem, położonym na zachodzie kraju, bliżej granicy z Austrią. Jak ciocia określiła potem, syn, zawodowy kierowca "Wywiózł nas pod rumuńską granicę " :D
Jestem megaciekawa Waszych historii związanych ze stosowaniem nawigacji - piszcie w komentarzach !

Komentarze
Prześlij komentarz